O byciu najlepszym przyjacielem

O byciu najlepszym przyjacielem

wpis w: Moja fotografia, Na codzień | 0

Rok 2016 zaczął się na dobre, a razem z nim – nieodparta pokusa robienia podsumowań, postanowień, snucia planów i chęć przeorganizowania sobie życia. Moje wirtualne poletko, jakie sobie tutaj wyklułam, koncentruje się na moich fotograficznych poczynaniach, dlatego nie planowałam w związku z tym pisać e-testamentu o tematyce z pogranicza sztuk wizualnych, bo sporządzanie bilansu mojej blogowej działalności na tą chwilę miałoby teraz tyle sensu, co album „The best of Gosia Andrzejewicz” po raptem dwóch płytach solowych. Poza tym – dalej mam więcej rzeczy do zrobienia niż tych zrobionych.

Ale w temacie rozwoju osobistego mam już trochę do powiedzenia… Nie, nie brałam udziału w motywujących wykładach na TEDx, nie zapłaciłam żadnemu coachowi za mówienie mi, co jest w życiu ważne, ani nie wyprostował mnie wróżbita Maciej. Miniony rok był dla mnie bardzo ważny i postanowiłam, że podzielę się z Wami moimi doświadczeniami niczym dobrą wieścią, na te kolejne 365 dni. Odnoszę wrażenie, że moja historia może się komuś przydać, zważywszy na to, że moja tablica na facebooku już zapełnia się notyfikacjami typu: „Zosia nie je słodyczy w 2016!”, „Piotruś w 2016 kupi karnet na siłownię i będzie na nią chodził, bo płacenie za niego to najlepsza motywacja!”, „Kasia będzie żyła o samej sałacie i wbije się w końcu sukienkę, którą kupiła pięć lat temu dla przyszłej siebie – w 2016!”.

Tak…

Wiecie co – ja lubię postanowienia noworoczne. Uważam to za całkiem naturalne, że pory roku i tradycje porządkują nam życie, a zmiana kartki w kalendarzu to dobry moment, żeby się nad sobą zastanowić. Ale mam wrażenie, że większość z Was już od początku nie wierzy w to, co chce uskuteczniać przez najbliższy rok. Albo chce się tylko czymś ukarać, bo myśli, że jak publicznie się wobec czegoś zobowiąże i jakimś cudem udowodni, że się udało, to nagle stanie się lepszą osobą. Nie tędy droga.

Pora dopuścić Marysię – atencyjną uzewnętrzniaczkę, do głosu.


Rok 2014 (nie, nie pomyliłam się) rozjechał mnie z impetem i siłą czołgu. W telegraficznym skrócie – na samym jego początku skończyłam studia i miało to dla mnie mniej więcej taki skutek, jak wzięcie bardzo dużego rozbiegu i zatrzymanie się tuż przy krawędzi przepaści. Do tego momentu wszystko w moim życiu układało się bez większego wysiłku i samo – po prostu zawsze byłam w odpowiednim miejscu i czasie, a potem robiłam, co do mnie należy. Można powiedzieć, że tak to wygląda, gdy nauka to jedyny obowiązek a egzaminy de facto organizują życie. Nagle samokręcący się kołowrotek zatrzymał się i okazało się, że trzeba być dorosłym. Trochę z przypadku znalazłam się w pracy tak beznadziejnej, że nie wiem, jak musiałoby pokarać mnie życie, żebym chciała się znaleźć w podobnym miejscu raz jeszcze. Wieczny niedoczas, podkrążone oczy, niepewność, czy dziś z biura wyjdę o 16.00 czy o 19.00, robienie kupy zamętu wokół… kupy. Skrawki ledwo uciułanej wolności upływały pod znakiem „Czy jak przyjdę tam rano, to okaże się, że coś znowu spieprzyłam?”. Z braku sojuszników, siły i czasu na zainteresowania zaczęłam robić to, co miałam kiedyś opanowane do perfekcji, było szybkie i zawsze działało – zaczęłam zajadać depresję myśląc, że przeżrę ją zanim ona przeżre mnie. Raptem nadrobiłam z nawiązką dwadzieścia kilogramów, które zgubiłam ciężką pracą rok wcześniej, a jakby sytuacja była niewystarczająco śmieszna – kiedy pewnego dnia spojrzałam w lustro miałam ochotę zapytać: „Kim jesteś, grubasie, który zjadł mnie, fit-Marysię?”, bo byłam tym faktem szczerze zaskoczona i nie wiedziałam, kiedy to się stało. Zdarzyło mi się parę razy upić w samotności, bo wtedy miałam wrażenie, że tylko to pozwoli mi się zluzować po pracy. Podsumowując – nie wiedziałam, w jakim kierunku idzie moje życie, ale poczucie, że MUSZĘ iść do przodu, doprowadzało mnie do zachowań autodestrukcyjnych, bo ja wcale nie czułam się gotowa na wędrówkę. I całe szczęście w tym momencie wstrząsnął mną mój narzeczony, zagwarantował pomoc po tym jak rzucę ciulową pracę i czekała nas zmiana wynajmowanego mieszkania na nowe. Nie zdziwię Was pewnie, kiedy powiem, że opierałam się przed tą zmianą rękami i nogami, bo byłam przekonana, że z tym robieniem ze swojej egzystencji pierdolnika to już tak musi być – tak samo jak z ukończeniem jednej, drugiej, trzeciej szkoły, gdzie nikogo nie obchodzi, czy po drodze Ci się to podoba, po prostu pcha się ten wózek.

Zmieniłam pracę, zmieniliśmy mieszkanie. Zaczęłam mieć przestrzeń na wzięcie oddechu. Przyszedł wtedy ten ciężki moment, kiedy musiałam spojrzeć na swoje życie z dystansu i zaakceptować fakt, że bardzo długo nie miałam odwagi walczyć o swoje i na własne życzenie weszłam z powrotem jedną nogą w otyłość pierwszego stopnia. Z drugiej strony pamiętałam bardzo dobrze, jak już schodziłam z tej góry i mam dziesiątki zdjęć upamiętniających tą zmianę – nagle ktoś mnie ocucił i okazało się, że znowu jestem na samiutkim wierzchołku. To było jak policzek, którego kauczukowe echo odbija się od ścian szybciej, niż zdąży zapiec twarz. Zaczął się rok 2015.

Wiedziałam, że mam do wykonania niemałą pracę nad sobą – muszę posprzątać priorytety w głowie, zadbać o zdrowie fizyczne, odnaleźć się w nowej firmie, nauczyć się żyć na nowej szerokości i długości geograficznej, nie zapomnieć o najbliższych, wrócić do swoich pasji z pełnią świadomości, a potem zaplanować swój ślub i kilka najbliższych lat naprzód. Wyciągnęłam sporą lekcję z poprzednich porażek – wiedziałam, że popychanie siebie w ekstremalne sytuacje i robienie ze swojego ciała laboratorium odpłaci mi się powrotem do stanu wyjściowego za jakiś czas, więc wszystkie gwałtowne ruchy nie mają sensu.

Kiedy jest się czyimś najlepszym przyjacielem, co się mówi kumplowi, który czuje się poturbowany i totalnie bezradny? – „Podnoś dupę!”? „Przestań się mazgaić!”? „Tylko Ty jesteś tak tępy, że do tego dopuściłeś!”?. Nie. Nikt normalny nigdy nie powiedziałby tak ukochanej osobie – chyba, że jest się idiotą i myśli się, że stanie nad kimś z batem i wyzywanie go od najgorszych to esencja motywacji. Tylko że jakoś nigdy nie ogarnia nas zdegustowanie, gdy mówimy tak sami sobie. Wiecie dlaczego tak jest? Dlatego, że od maleńkości rodzice uczą nas, że powinniśmy mieć mnóstwo cierpliwości, uwagi i wyrozumiałości dla wszystkich dookoła, co oczywiście jest super, ale nikt już nie mówi nam, że powinniśmy też zachować część tego pakietu dla siebie. Ciągle za to się czymś karamy. Zakładamy, że od nowego roku będziemy żyć o kamieniach i sałacie, żeby latem zrekompensować sobie brak pewności siebie strojem kąpielowym o mniejszym rozmiarze, a jak tylko to odstąpimy od „planu” – to hańba nam. Tylko bardzo często tu nie chodzi o wagę i większość z nas o tym wie, ale boi się powiedzieć na głos, że coś jest nie tak z jego podejściem do siebie. No i, co smutniejsze – mało kto z nas wie, że ma prawo pochylić się nad sobą, wewnętrznie przytulić i dać sobie wyrozumiałość.

Dlatego, kiedy zaczął się rok 2015, nie zakładałam, że schudnę do lata. Nie zakładałam, że nauczę się jakiegoś nowego języka, którego nie cierpię. Nie ustawiłam sobie limitu „Od dziś czytam dziesięć książek miesięcznie!”, skoro wiedziałam, że sto stron jednego dnia to absolutny limit dla mojej wrażliwości, oczu i umysłu, a i tak nie zawsze znajdę czas. Nie uparłam się też, że rzucę wszystkie swoje małe nałogi. Założyłam natomiast, że będę swoim najlepszym przyjacielem. Że będę karmić się dobrym jedzeniem, aby mieć siłę na poświęcanie czasu rzeczom i ludziom, których kocham. Że znajdę aktywność fizyczną, którą polubię i która pozwoli mi dotlenić mózg, abym mogła trzeźwo analizować sytuację życiową, w której jestem. Że pokocham odpoczynek i długi sen i nie będę nigdy żałować, że regeneruję się zamiast „dożynać” dodatkową pracą. Że będę otwierać się kulturalnie na nowe miejsca, publikacje i wydarzenia z ciekawością świata, a nie – „bo wypada”. Że będę swoim najlepszym sprzymierzeńcem i wybaczę sobie, że przez rok czasu nie widziałam swoich potrzeb – po prostu odpuszczę, bo tak robi prawdziwy przyjaciel.

Rok 2015 się skończył i stało się wiele pozytywnych rzeczy. Zmiana pracy, jakkolwiek wydawała mi się niemożliwa, pociągnęła za sobą bezstresowy grafik i wracanie do domu o ludzkich, stałych porach. Dałam szansę zumbie i salsation, które pochłonęły mnie do tego stopnia, że potrafiłam czekać na nie całymi dniami i nie mogłam się doczekać, gdy pojadę na siłownię i kolejny raz w tygodniu zaliczę imprezę w rytmach latino. Przestałam ścibolić pieniądze na kreowanie pięknych wspomnień i spełniłam jedno ze swoich największych marzeń – w końcu dotarłam na koncert Muse. Dużo przeczytałam, obejrzałam i przesłuchałam. Nagle w moim otoczeniu zaczęli koncentrować się ludzie, o których poznaniu nawet nie miałam śmiałości zamarzyć, a którzy wiem, że mnie szanują i cenią sobie naszą znajomość – tak jakby dobre usposobienie działało jak magnes. Odważyłam się wyjść ze swojej strefy komfortu i zrobić parę zdjęć, którymi wiem, że kogoś uszczęśliwiłam. Moja szafa przeżyła spore uszczuplenie, bo zrozumiałam w końcu (głupie ciele!), że jedna droższa bluzka z dobrej jakości bawełny jest lepsza niż pięć poliestrowych, a sama zasługuję na dobrą jakość. I co najlepsze – po prostu starając się dbać o pochodzenie i skład jedzenia, które spożywam, ale bez liczenia kalorii, redukcji makroelementów a nawet podjadając słodycze stanowczo zbyt często niż powinnam, schudłam w tym roku osiem kilogramów nie czując w ogóle, że „jestem na diecie”, czyt. „robię wszystko, żeby uczynić swoje życie nieszczęśliwym”.

Dobra, przydałaby się jakaś pointa… Jeżeli miałabym zostawić Was z jedną myślą na ten rok, to byłaby ona taka:

Nie macie pojęcia, jak wielkie znaczenie ma to, w jaki sposób sformułujecie cel, do którego chcecie podążać. Zupełnie inaczej funkcjonuje człowiek odbębniający obowiązki w imię pomysłu, który ma „naprawić” jego złą i szpetną instancję, niż ten, który idzie w świat z pozytywną myślą, dobrym usposobieniem i ma świadomość, że gdy będzie dobry sam dla siebie, to świat nagle otworzy przed nim nowe możliwości. Zastanówcie się. Może łatwiej będzie Wam ograniczyć spożycie cukru rafinowanego jeżeli pomyślicie, że dzięki temu zachowacie więcej zdrowia i energii na pasje i bliskich, zamiast uskuteczniać wyścig z koleżanką o rozmiar spodni. Wtedy wskazówka na wadze nie będzie Wam mówiła, o ile jesteście teraz „lepszymi ludźmi”, a po prostu wskaże Wam kierunek, w którym warto (lub nie warto) iść. Może już dziś nie uczcie się nowych rzeczy w imię postanowienia „będę więcej czytał w nowym roku”, a po prostu załóżcie, że jesteście warci poznania jak największej ilości ciekawych i interesujących rzeczy na tym świecie, skoro jesteście jego integralną częścią. Tak samo z robieniem porządków na około siebie – nie ścigajcie się na ilość wyrzuconych worków, ale doceńcie dodatkową przestrzeń w mieszkaniu, którą możecie spożytkować na cokolwiek – w tym samotne tańce na środku pokoju i śpiewanie do dezodorantu. Przykładów można mnożyć na pęczki, ale wszystkie sprowadzają się do jednego – nie bądźcie wobec siebie aż tak krytyczni, rozpieszczajcie się zmianami, zamiast wiecznie się krytykować. Co do krytyki, możecie mieć pewność, że otoczenie już zadba o to, aby nigdy Wam jej nie zabrakło – jak przestaniecie być za grubi, to będziecie za chudzi, gdy już nie będziecie zbyt brzydcy, staniecie się wypacykowani, uzupełnicie luki w wiedzy – będziecie wtedy przemądrzali. Wypiszcie się z tego kółka wzajemnego metkowania i po prostu żyjcie!

Jakkolwiek brzmi to jak kaznodziejskie pierdzielenie – gwarantuję Wam, że dzięki takiemu podejściu życie nagle wywraca do góry nogami, stajecie się panami swojego losu i priorytety układają się same.

I tego Wam życzę na ten Nowy Rok.


Zdjęcie z nagłówka i poniżej to moja mała realizacja marzenia, które wykluło się w mojej głowie, gdy tylko zaczęłam opanowywać tryb M w aparacie – stanowi kolaż kilku ujęć fajerwerków nad Dąbrową Chełmińską obserwowanych z okna w rodzinnym domu, zrobionych ze statywu. Aż żałuję, że nie mam backstage-u z przygotowywania tego ujęcia, bo nawet pies, zamiast schować się z piskiem pod łóżko, skamlał pod parapetem, aby oglądać przedstawienie. 🙂

A mówią, że że Sylwester w pidżamie i bez kaca następnego dnia do stracony Sylwester…

Lubi fotografować. Fotografuje, bo lubi. I chciałaby, żeby wszystko w życiu było tak proste, jak ta reguła.