O mojej relacji z odżywianiem + pomysły na dania i test taniego spacer-zooma do FF

O mojej relacji z odżywianiem + pomysły na dania i test taniego spacer-zooma do FF

wpis w: Moja fotografia, Na codzień | 0

Czy Wy też czytając dobre rady dietetyków w sieci myślicie czasem: „Zaraz, zaraz… czy ty kiedykolwiek miałeś nadwagę? Co Ty wiesz o życiu/tyciu?”. No i bang – pojawiam się teraz ja, czyli osoba, która większość życia jest raczej plus niż minus size. Zechcecie poczytać o moich spostrzeżeniach w kwestii gubienia wagi? Będę wystarczająco wiarygodna? Upiekę tym samym dwie dodatkowe pieczenie na jednym ogniu, gdyż przemycę dla Was także proste pomysły na zdrowe posiłki i pokażę jak sfotografowałam ich zmaterializowaną wersję przy pomocy Nikkora 28-80mm 3.3-5.6G (BTW – kupionego w komisie wraz z analogowym F75 za niecałe 200zł!), czyli kitowego spacer-zooma do pełnej klatki. Zapraszam.


Na moją wewnętrzną potrzebę napisania tego tekstu złożyło się kilka czynników. Po pierwsze, tzw. problemy pierwszego świata kipią ze wszystkich kanałów komunikacyjnych, z jakimi przeciętny człowiek może tylko mieć styczność, przez co ciężko nie wpaść w spiralę pogoni za idealną sylwetką na lato albo przynajmniej w dyskusję o tym. Jak widać i ja muszę się trochę naprodukować w tym temacie.  Po drugie, jako osoba, która dopiero przedziera się przez meandry zagadnień związanych ze zdrowym podejściem do nomen omen zdrowego trybu życia, zauważam pozytywny aspekt wychodzenia na światło dzienne takiej dziedziny jak psychodietetyka. Równolegle odkrywam, że na moją wagę dużo większy wpływ ma ćwiczenie mózgu niż mięśni czworogłowych uda, więc być może i moje świadectwo kogoś do tego przekona. Po trzecie – w moim życiu od dłuższego czasu w kwestii uregulowania mojej relacji z odżywianiem i aktywnością fizyczną zadziało się dużo dobrego, nawet, uwaga – pociągnęło to za sobą jakieś tam efekty. I wreszcie po czwarte – nie było mnie tu trochę, blog zaczął trochę zarastać kurzem, a ja dalej mam z tyłu głowy fakt, że po noworocznym wpisie kiedyś zapytałam Was na facebooku o tym, co sądzicie na temat tekstów tego typu, i w końcu dojrzałam do tego, aby Wam coś dać. Coś, co mogłoby komuś pomóc. Mi na pewno pomogłoby parę lat temu, gdybym coś takiego przeczytała.

Obstawiam, że większość z Was weszła tutaj szukając efektów. Zaskocz nas! Od razu Wam powiem, że nie mam żadnych chwytających za gardło asów w rękawie. Wiem, że nagłówki typu „Zgubiłam 30 kg w cztery miesiące!” klikają się jak głupie, ale szczerze nie wiem, co miałabym z tymi klikami zrobić – zresztą, kto wie, czy po takim wyniszczeniu ciała miałabym siłę się nad tym zastanawiać. Tak teraz nawet myślę, czy cyferka, którą ja mogę Wam przedstawić Was nawet nie zniechęci. Otóż ja w przeciągu ostatniego roku zgubiłam jakieś dwanaście kilogramów, co daje zatrważająco galopujące tempo… kilograma na miesiąc. Haha! Wow. Tak, dobrze myślicie – wahania tego typu potrafią wystąpić nawet w ciągu jednego dnia. Zastanawiacie się, czym się tu chwalić? Serio mówię –  jak już nie chcecie, to nie czytajcie dalej, ale cierpliwym gwarantuję lepsze spostrzeżenia.

Coś szybkiego, ale sycącego, czyli tortille z kurczakiem, szpinakiem i mozzarellą. Idealne, żeby spakować ze sobą do pracy albo do szkoły.
Coś szybkiego, ale sycącego, czyli tortille z kurczakiem, szpinakiem i mozzarellą. Idealne, żeby spakować ze sobą do pracy albo do szkoły.

Przez ten rok zyskałam coś bardziej cennego niż ubytek centymetrów w pasie, a mianowicie: zadowolenie z życia, poczucie kontroli nad sobą (takiej nieokraszonej masochizmem), świadomość, że mam pomysł na zdrowszą wersję siebie, zahamowanie pogłębiania się toksycznej relacji z własną lodówką (kto choć raz nie obżerał się z powodu smutku – niech pierwszy rzuci kamień!) i, wisienka na torcie – dumę z tego, że wzięłam za siebie odpowiedzialność w momencie, kiedy całkowicie przestałam wierzyć w swoje możliwości. Pomijając aspekty stricte związane z duchowością i podejściem do siebie, po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć, że dłużej niż kilka miesięcy utrzymuję te same nawyki a nawet je udoskonalam i moje ciało nie sygnalizuje mi, że coś jest nie tak – wręcz przeciwnie, działa jak w zegarku i żadne jojo mnie nie atakuje. Z takich dodatkowych guilty pleasures (co to korpo robi z ludźmi?) mam jako smaczek to, że czasem spojrzę w lustro i stwierdzę: „Cholera jasna… kiedy te spodnie zaczęły mi zjeżdżać?”. Serio – pomimo tak powolnych zmian w ciele co kilka tygodni przechodzę mikro szok. Ale bardzo miły.

Ok, wiecie już, jak super się czuję, to pewnie zechcecie zapytać – jak Ty to zrobiłaś? Miałam milion podejść do tej kwestii i nawet nie wiecie, ile znaków wystukałam pod palcami pastwiąc się nad tym wpisem. Za każdym razem się jednak wycofywałam, bo w pewnym momencie zorientowałam się, że starając się uporządkować moje dotychczasowe doświadczenie i wiedzę, idę w ten sam bullshit co większość koncernów, topowych dietetyków i dietetycznych sieciówek, czyli sprzedawanie ‘rewolucyjnych’ porad w ładnym opakowaniu (10 sposobów, żeby zrzucić nadbagaż; Dlaczego nasiona chia są takie super – 12 powodów; Zrobienie porządku w życiu, czyli jak nadrobić fakt, że 20 lat byłeś śmierdzącym leniem a teraz chcesz uprawiać crossfit – w pięć tygodni!). Nie chcę ryzykować kolejnego pójścia w tą stronę. Dlaczego? Bo każdy z nas jest inny! Nie chcę namawiać nikogo, aby ćwiczył pięć razy w tygodniu, kiedy może dwa. Nie chcę namawiać nikogo, żeby jadł więcej jajek, aby zwiększyć ilość białka w diecie, skoro planuje przejść na weganizm. Nie chcę namawiać nikogo, żeby nie biegał, bo sama tego nie lubię. Analogicznie – nie chcę nikogo przekonywać, że zumba jest super, tylko dlatego, że sama chodzę na nią dwa razy w tygodniu nieprzerwanie od prawie dwóch lat, bo zwyczajnie ciągnie mnie perspektywa spalania kalorii na tanecznej imprezie. Umówmy się, że mamy wspólny cel – jeść i ruszać z korzyścią dla zdrowia. Pod tym względem każdy z Was musi odrobić zadanie domowe i wyedukować się we własnym zakresie, dbając jednocześnie o to, aby źródło pozyskiwanych informacji było rzetelne (żadnych pożal-się-Boże dietetyków, którzy chcą z Wami iść na rekord, żeby nabić sobie statystyki), a przede wszystkim – obserwować swoje ciało i psychikę, aby być elastycznym i nauczyć się odpowiadać na swoje potrzeby. Nie pomogę Wam w tym, bo nie jestem dietetykiem, trenerem personalnym czy coachem (ale zaskoczenie, co nie?).

Jedzenie owoców w całości? No co komu taka nuda, kiedy można zmiksować? 🙂 Na załączonym obrazku – truskawki, banan, mleko ryżowe i chrupiący urozmaiczacz w postaci pestek granatu – w sam raz na szybkie śniadanko!

Ok, teraz zachowałam się jak producent pasztetu, który pisze na opakowaniu, że w produkcie nie ma konserwantów, sztucznych barwników i wszystkich możliwych E. A Wy mi na to: Co mnie to obchodzi, czego nie masz? CO MASZ W ZAMIAN? (mam głęboką nadzieję, że jesteście tak samo krytyczni czytając etykiety produktów żywnościowych 🙂 ). Tutaj znowu narażam się na lincz, bo… do przekazania nie mam niczego, o czym byście nie wiedzieli.

Say what? Czemu zawracasz nam głowę?

Zawracam, ponieważ padłam już kiedyś ofiarą dietetyka-rekordzisty ze znanej sieciówki, zgubiłam dwadzieścia kilogramów w pół roku, po czym to wszystko wróciło do mnie jak bumerang (oczywiście nie samo – pewnie temu pomogłam). Teraz, kiedy mam już do tego dystans, dalej jednak docierają do mnie różne dziwne sygnały, które błyskają co chwila jak światła fleszy, doprowadzając do emocjonalnej epilepsji: GLUTEN! MŁODY JĘCZMIEŃ! DETOKS! TYLKO KAPUSTA! TYLKO BIAŁKO!  TYLKO CARDIO! WYRZUT INSULINY! WĘGLOWODANY DO LAMUSA! CHIA, GOI, OSTROPEST! NOWY SUPLEMENT – TURBOSPASŁOSTOP 2000 – KUPUJ, KUPUJ, KUUUPUJ! W Internecie jesteśmy nieustannie bombardowani nowinkami, często i gęsto niepodpartymi odnośnikami do badań. I oczywiście – próbowanie nowych rzeczy i edukowanie się to nie jest absolutnie nic złego. Ja jednak, po porządnym zdystansowaniu i przyjrzeniu się temu wszystkiemu z boku, widzę, że rynek trzyma nasze kompleksy w garści i co chwila rzuca takim świeżym hasłem, aby potencjalnego konsumenta wydusić jak cytrynę lub ewentualnie nabić sobie wyświetlenia na portalu. Szyje, które kręcą głową tego rynku doskonale wiedzą, jak osobom takim jak ja, z nieustannym problemem nadwagi, zależy na tym, żeby problemu pozbyć się szybko, bezboleśnie i przy minimalnym nakładzie energii. Do tego dochodzi kwestia, że nadwaga jest dla nas wszystkich problemem związanym z emocjami – wszyscy chcemy dobrze wyglądać. W efekcie, mamieni gwarancją szybkich efektów, dochodzimy do konkluzji – po co ćwiczyć, po co dobrze jeść? Przecież wystarczy łyknąć suplement, dołożyć jagody goi do jogurciku i wszystko zmieni się samo. Albo w drugą stronę – tyrać się na siłowni do porzygu i jeść tyle, co ptaszek.

Niezależnie od tego, jaki macie stosunek do kuchni wegańskiej, wyniki badań są bezlitosne dla mięsożerców: jest więcej warzyw - wygrywasz i żyjesz dłużej. Moim ulubionym wege daniem jest curry z ciecierzycy, czerwoną fasolą, kukurydzą, pieczarkami i ryżem. Mnóstwo błonnika i roślinnego białka, które syci na długo!
Niezależnie od tego, jaki macie stosunek do kuchni wegańskiej, wyniki badań są bezlitosne dla mięsożerców: jesz więcej warzyw – wygrywasz i żyjesz dłużej. Moim ulubionym wege daniem jest curry z ciecierzycy, czerwoną fasolą, kukurydzą, pieczarkami i ryżem. Mnóstwo błonnika i roślinnego białka, które syci na długo!

Dobrze wiecie, że tak nie jest. Sposób, aby wagę zgubić skutecznie, jest naprawdę prosty. Aż poświęce mu osobny akapit:

ABY SKUTECZNIE SCHUDNĄĆ I UTRZYMAĆ WAGĘ, NALEŻY: Jeść zdrowo. Jeść z dobrych źródeł. Jeść tak, by się najeść, a nie przejeść bądź niedojeść. Jeść różnorodnie. Nie zadowalać się pustymi kaloriami. Jeść kolorowo. Nie lekceważyć żadnego makroelementu. Znaleźć przyjemną aktywność fizyczną. Dać się pozytywnie wciągnąć. Próbować nowych rzeczy. Nawadniać się.

Koniec. Finito. Kropka. Wy to wszystko doskonale WIECIE. Jestem tego pewna.

Dla Was nie jest to pewnie żadne zaskoczenie. I paradoksalnie – nie jest niczym trudnym wprowadzić to wszystko w życie, o ile wprowadza się to stopniowo. Czy może istnieć bardziej prosta reguła niż „Staraj się na początek jeść chociaż jedną porcję warzyw i owoców dziennie”? Albo „Zamień pieczywo pszenne na razowe”? Albo „Czytaj etykiety i nie kupuj przesadnie przetwarzanych produktów spożywczych?”. Nie. To już jest gotowa porada, nie da się jej bardziej uprościć. Ludzie najczęściej rezygnują, bo obawiają się emocjonalnego spaceru po rozżarzonych węglach. Taki spacer powinien się zacząć rozeznaniem sytuacji, wybaczeniem sobie i innym, sporządzeniem planu, pogodzeniem się z faktem, że jego realizacja może potrwać długo i mogą wystąpić różne zwroty akcji, a potem po prostu iść przed siebie, ćwicząc wewnętrzny mięsień równoważenia oczekiwań względem siebie, oczekiwań innych, rzeczywistości i tego, co można osiągnąć w danym momencie. W tym momencie wielu z nas wpada w jakiś marazm – za wszelką cenę szukamy dróg na skróty, bo okazuje się, że emocjonalnie trzeba poświęcić temu więcej energii niż robiąc kilka długości basenu. Więc co teraz… Suplementy? Dietetyk-sadysta? Trener personalny i dwa treningi dziennie? Łykanie tasiemca? Gorsety, pasy, elastogacie i spinanie skóry na plecach klamerkami, żeby przestała wisieć? A może po prostu przestać jeść? Zewsząd czytamy, że wszyscy nagle cudownie gubią kilogramy w ekspresowym tempie, chcemy też. Oczekujemy, że po jednej trzydziestokilometrowej wycieczce rowerowej obudzimy się następnego dnia i stwierdzimy, że schudliśmy. Teraz, już, natychmiast. Czemu nic się nie dzieje? Ah, to nie ma sensu!

Jeżeli macie ochotę na słodką przekąskę/śniadanie/lunch, to polecam placuszki z jajek, banana i płatków owsianych (ciasto można rozrzedzić wodą lub mlekiem roślinnym i dodać proszek do pieczenia i ksylitol, by dodać trochę słodyczy). Najlepiej smakują ze świeżymi owocami.
Jeżeli macie ochotę na słodką przekąskę/śniadanie/lunch, to polecam placuszki z jajek, banana i płatków owsianych (ciasto można rozrzedzić wodą lub mlekiem roślinnym i dodać proszek do pieczenia i ksylitol, by dodać trochę słodyczy). Najlepiej smakują ze świeżymi owocami.

Kiedy przyglądam się swojej wędrówce w kierunku odzyskania unormowanego BMI zauważam, że największego trudu nie sprawiło mi wcale znalezienie czasu na ćwiczenia czy próby przemycania wegańskich przepisów na poczet zwiększenia ilości warzyw w diecie, a właśnie pogodzenie się z faktem, że mleko się rozlało. No bo znowu weszłam w otyłość. Wszyscy już to zauważyli. Trzeba nakręcić kołowrotek od nowa. Nie będzie to łatwe. Zrozumiałam, że mój problem opierał się w głównej mierze nie niezdrowej relacji z odżywianiem – w końcu oświeciło mnie, że dopóki jej nie ureguluję, to żadne jadłospisy, rozpiski treningów i mocne postanowienie poprawy nie zagwarantują mi TRWAŁEGO efektu. Pogodzenie się z tym przypominało przełykanie ości i było dla mnie bardzo bolesne. Wiedziałam, że nikt mi nie pomoże.

Teraz, po ponad roku, ludzie zaczepiają mnie i rzucają dziwnymi pytaniami.

„Kiedy ty tak schudłaś?” –nie wiem. To się dzieje samo. Mój sposób na siebie działa na mnie sam. Nie odczuwam w nim kary za grzechy, więc realizuje się go przyjemnie. Raz na tydzień staję na wadze i widzę, że ulatują mi dziesiętne części masy tłuszczu. Czasem wraca razem z wodą. To zależy – od świąt, cyklu miesiączkowego, stresu, poziomu przepracowania. Ale generalnie – nie wiem. Fajnie jest nie wiedzieć i nie fiksować się.

„To przez tą zumbę?” – niewykluczone. Na zumbę i salsation chodzę dla rozrywki i żeby przez siedzący tryb pracy nie zaatakowała mnie horda hemoroidów. Nigdy nie miałam po niej zakwasów, chociaż jak trzęsę tyłkiem, to trzęsę bardzo intensywnie, spinam mięśnie i wykonuję rotacje ciała najgłębiej, jak mogę. Po prostu na tych zajęciach daję się ponieść pozytywnej energii, i to ona mnie właśnie przyciąga na zajęcia. Żadne cyferki na wadze.

„Jak Ty to robisz, że masz taką silną wolę TAK jeść?” – normalnie. To, co jem, smakuje mi. I jest proste w przygotowaniu. Nie rozumiem, w jaki sposób przygotowanie owsianki z owocami i orzechami jest bardziej skomplikowane od przepisu na pszenną bułę z pasztetem. Do tego zdrowe jedzenie łechce moje zmysły estetyczne – lubię, kiedy talerz jest kolorowy. To jest po prostu przyjemne i do tego skutkuje całą gamą pozytywnego wpływu na organizm. Dlaczego miałabym nie mieć „silnej woli”?

„Nie nudzi Ci się takie jedzenie?” – nigdy nie wiem, co oznacza „takie”. Kiedy widzę, że ktoś dziwi się, że jem warzywa, owoce, kaszę, ryż, jajka itp., to mam ochotę odpowiedzieć pytaniem: „To co TY, do jasnej cholery, jesz? Wcinasz łyżkami margarynę? Wylizujesz słoik po majonezie?”. Nie mam pojęcia. Ale rozumiem, że za tym pytaniem idzie coś w rodzaju, czy zdarza mi się zgrzeszyć. A owszem. Czasem wypiję piwo, zjem pizzę, wciągnę ciasto. Jest na to jeden sposób – spojrzeć w kalendarz. Wiem, że za tydzień są urodziny babci i będzie fura niezdrowości, więc czekam do urodzin. Nie nastawiam pułapek sama na siebie w dzień powszedni. I już. A i tak chudnę. Magia!

„Pewnie masz więcej czasu ode mnie na takie rzeczy” – nie, nie mam. Moja doba ma dwadzieścia cztery godziny jak doba każdego człowieka. Moja przewaga chyba leży w tym, że dorosłam na tyle, iż poświęcam ten czas na to, na co chcę go poświęcać. Zakładam, że we wtorek po pracy robię pół godziny ćwiczeń  siłowych. Jest to dla mnie ważne, przyjemne – więc jednocześnie ma to dla mnie wysoki priorytet. Nie mniejszy niż pójście do pracy. Jeżeli jako kontrargument masz dla mnie przygotowaną odezwę, że Ty masz dziecko i nie możesz, to weź pod uwagę, że W TEJ CHWILI czytasz ten tekst. Mogłeś robić teraz cokolwiek innego.

Danie z mojej ulubionej grupy - "wsadź do piekarnika na 40 minut i rób w tym czasie cokolwiek innego". Tutaj - łosoś, ziemniaczki z koperkiem i kalafior. Yum yum!
Danie z mojej ulubionej grupy – „wsadź do piekarnika na 40 minut i rób w tym czasie cokolwiek innego”. Tutaj – łosoś, ziemniaczki z koperkiem i kalafior. Yum yum!

I moje ulubione: „Jak Ty to robisz?”.

Wrzucam na luz i cieszę się życiem.

Oto moja odpowiedź.


Whoop whoop!

Dzięki, że zostaliście do końca.

Czy interesuje kogoś, co myślę o tym obiektywie? Uważam, że przy tej cenie i świadomości jego parametrów pastwienie się nad jakością optyczną czy porównywanie z kultowym 24-70 f 2.8 to byłby szczyt głupoty. Dla mnie osobiście stosunek ceny do jakości jest bardzo na plus – moje amatorskie zapotrzebowanie czuje się w pełni zaspokojone. Szkło jest lekkie i w parze z D610 nadaje się idealnie na rodzinne wycieczki i pokombinowanie z różnymi kątami widzenia na pełnej klatce, co może pomóc w wyborze innego, lepszego szkła do pary z aparatem w przyszłości. Ja na przykład przekonałam się, że przy tym rozmiarze matrycy, o wiele bardziej wolę perspektywę 80mm niż 50mm – niewykluczone więc, że 50 mm f 1.8 G kiedyś sprzedam i dołożę do „ciaśniejszej” stałki. Warto było wydać 200 zł, żeby się o tym przekonać. Tym bardziej, że w zestawie miałam także analogowego Nikona i torbę na ten sprzęt, więc niewykluczone, że w wakacje pobawię się trochę kliszą i skanami negatywów. Z tego miejsca mogę Wam polecić sklep www.interfoto.eu – nie dość, że kupiłam mój zestaw taniej niż na OLX, to przesyłka przyszła idealnie zabezpieczona na drugi dzień i mam trzymiesięczną gwarancję!

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie. Całusy!

Lubi fotografować. Fotografuje, bo lubi. I chciałaby, żeby wszystko w życiu było tak proste, jak ta reguła.