#zSzuflady[005] – Wspomnienie pleneru w Sztutowie

#zSzuflady[005] – Wspomnienie pleneru w Sztutowie

Ostatnio na blogu zaroiło się od portretów i czuję, że pora od nich na moment odpocząć (ale coś czuję, że to będzie bardzo krótki moment :)). Dlatego dziś odkurzam zdjęcia #zSzuflady – na tapetę biorę zdjęcia z BAFowego pleneru w Sztutowie, który miał miejsce w maju 2014. No i nie ukrywam, że trochę chcę przywołać wspomnienie nadmorskich wyjazdów, bo ostatnio zdecydowanie brakuje mi letniej beztroski i gmerania paluchami w gorącym piachu – całe szczęście pogoda zaczyna wreszcie sprzyjać tego typu eskapadom.

Bywało tak, że nad morzem byłam niemalże co roku, ale to był mój pierwszy wyjazd, kiedy tak intensywnie poczułam piękno polskiego wybrzeża. Był to co prawda maj, ale upały iście lipcowe – wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy pierwszego dnia przechadzałam się po plaży, przy tej totalnie wakacyjnej aurze i… nie było niemalże nikogo. Robienie zdjęć miałam więc o tyle utrudnione, że chwilami wolałam wystawić oko zza wizjera i chłonąć bezmiar morza, w którym zatapiało się słońce.

Innego poranka z kolei miałam możliwość zobaczyć wschód słońca nad morzem, a wcześniej podziwiać piękno godziny przed nim. Sama po sobie nie spodziewałam się, że tak intensywnie będę wewnętrznie celebrowała ten moment, ale trzeba to przyznać, że ma w sobie coś magicznego i hipnotyzującego. Całe szczęście nie dałam się totalnie zaczarować i ze zdjęciem wróciłam.

Nie zabrakło też okazji do zrobienia kilku portretów. Jeden z nich (z lewej) zrobiłam Magdzie tuż przed zachodem i (chyba) z użyciem blendy, drugi (z prawej) w hardkorowym upale w środku dnia. Wydawać by się mogło, że robienie zdjęć w południe to zbrodnia, ja jednak zdecydowanie z tej dwójki wolę mojego HDR-a, uważam, że ma swój charakter i dynamikę:

Nocą działy się różne rzeczy. 🙂 Najmilej wspominam wspólne oglądanie wywołanych przez jedną z uczestniczek kursu zdjęć z jej wycieczki do Tajlandii (pozdrawiam Cię, Beatko, jeśli to czytasz!) – wtedy po raz pierwszy intensywnie poczułam o ile ciekawsze w odbiorze jest zdjęcie, kiedy można je wziąć do ręki namacalnie poczuć zatrzymanie chwili. Ale było też dużo błysków z lamp, latarek, laserów, śmiechu i… udawania trupa w szafie. Z moich nocnych eksperymentów najbardziej lubię huśtającego się Tomka – dobrze czasem się przekonać, że dla fajnych efektów wystarczy błysnąć trzy razy lampą i dłużej ponaświetlać, zamiast sklejać kilka zdjęć w Photoshopie. 🙂

Za dnia bywało różnie, bo trzeba było znieść ból nieprzespanej nocy, pogoda też potrafiła ekstremalnie zmienić się z żaru tropików w jesienny ziąb. Poraz pierwszy miałam okazję spróbować działanie filtra podczerwieni. A w sytuacjach, gdy brakło pomysłów – próbowałam zmieniać kąt widzenia.

Co tu dużo mówić – zdecydowanie potrzeba mi więcej tego typu wyjazdów. Można dużo dowiedzieć się o sobie i swoim stylu. Polecam każdemu, kogo raz na jakiś czas dręczy myśl pt. w jaki by tu znowu sprzęt fotograficzny zainwestować – z doświadczenia wiem, że lepiej wydać pieniądze na plener i złapać wspomnienia oraz doświadczenie. 🙂

Ja na przykład już nigdy nie wymażę z pamięci wspomnienia porozstawianych na plaży statywów i mgliście krzątających się wokół pasjonatów fotografii…

A na deser – dronowy film autorstwa Piotra Wieczorka z pleneru. Jakby ktoś pytał – na końcu ten najdziwniej wygięty ludź to ja. 🙂 Na jego blogu też pojawił się zdjęciowy materiał.


Peace, love and róbcie zdjęcia!

Lubi fotografować. Fotografuje, bo lubi. I chciałaby, żeby wszystko w życiu było tak proste, jak ta reguła.